Co było impulsem do stworzenia własnej marki?
Wszystko zaczęło się od znajomych i bliskich. Ich zainteresowanie i pozytywne reakcje na moje plakaty były najlepszym sygnałem, że warto to rozwinąć w coś więcej.
Jak długo trwały poszukiwania idealnej nazwy i dlaczego właśnie ta została wybrana?
W moim przypadku wybór był dość naturalny – tworzę pod własnym imieniem i nazwiskiem. Na co dzień pracuję również jako projektantka graficzna, dlatego zależało mi na budowaniu jednej, spójnej marki osobistej. Dzięki temu wszystkie moje projekty, niezależnie od tego, czy są to plakaty, ilustracje czy identyfikacje wizualne, tworzą wspólną historię podpisaną moim nazwiskiem.
Czy pamiętasz pierwszego klienta lub pierwsze zamówienie? Jakie to było uczucie?
Tak i myślę, że wiele osób tworzących własną markę ma podobne doświadczenie – pierwszymi klientami często są rodzina albo znajomi. Moje pierwsze zamówienie złożyła znajoma z Wrocławia, która poprosiła mnie o stworzenie plakatu inspirowanego rzeką Odrą. Pamiętam ogromną ekscytację, ale też odpowiedzialność – ktoś zaufał mi i chciał zapłacić za coś, co wyszło spod moich rąk. To był moment, w którym poczułam, że moja pasja naprawdę może stać się czymś więcej ?
Co daje Ci największą satysfakcję w codziennym prowadzeniu marki?
Największą satysfakcję daje mi świadomość, że to, co tworzę, trafia do ludzi i staje się częścią ich codzienności. Uwielbiam momenty, kiedy dostaję zdjęcia moich prac wiszących w czyichś mieszkaniach. To niesamowite uczucie, że moje ilustracje żyją dalej poza moją pracownią. Poza tym ogromnie cenię sobie wolność twórczą i możliwość realizowania swoich pomysłów bez kompromisów.
Czy zdarzyło Ci się stworzyć coś zupełnie „przypadkiem", a okazało się hitem?
Tak! Plakat „BÓB" narysowałam dla siebie jako wyraz mojej miłości do bobu. Miał być po prostu zabawną ilustracją, potencjalnie do kuchni moich rodziców. Wrzuciłam go na swojego prywatnego Instagrama i... zalała mnie fala wiadomości z pytaniami, gdzie można go kupić. To był totalny spontan, który niespodziewanie stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych projektów mojej marki.
Jak wygląda Twój proces twórczy - bardziej improwizacja czy plan?
Zdecydowanie improwizacja. Zawsze mam przy sobie szkicownik, bo nigdy nie wiem, kiedy coś mnie zainspiruje. Czasem to podsłyszane zdanie, przypadkowa sytuacja albo jakiś przedmiot wywołują u mnie impuls do stworzenia czegoś nowego. W takich momentach szybko zapisuję pomysł albo robię szkic ?
Gdybyś miał/a wskazać flagowy produkt marki Katarzyna Mizera - który by to był?
Zdecydowanie plakat „Lepiej głaskać pieski niż ronić łezki". Nie spodziewałam się, że spotka się z aż tak ciepłym odbiorem. Po jego publikacji dostałam mnóstwo wiadomości i zamówień, a sam plakat szybko stał się czymś, z czym wiele osób zaczęło się utożsamiać. Myślę, że jego siła tkwi w prostym przekazie – odrobinie humoru i czułości, które potrafią poprawić humor nawet w gorszy dzień.
Czy tworzysz spersonalizowane projekty? Jakie? Na czym polega personalizacja?
Tak! Personalizowane zamówienia to jeden z moich ulubionych aspektów tej pracy. Klienci chcą plakat z czymś wyjątkowym, często z przymrużeniem oka. Zazwyczaj decydują się na mnie, bo lubią mój styl – czy to bardziej odręczny, organiczny, czy geometryczny i precyzyjny.
Czy masz twórcze dziwactwa, z których się śmiejesz?
Mam lekki puryzm projektowy. Potrafię przesunąć element o kilka pikseli, poprawić kerning w jednym słowie albo zmienić odcień koloru, który dla większości osób wygląda identycznie. Widzę detale, których często nikt inny nie zauważa – i chyba już pogodziłam się z tym, że po prostu tak działa mój mózg. Na szczęście to dziwactwo zwykle wychodzi projektom na dobre.
Jaką emocję najczęściej próbujesz „przemycić" do swoich projektów?
Najczęściej przemycam do swoich projektów radość i odrobinę humoru. Lubię, kiedy design wywołuje uśmiech, zaskakuje drobnym detalem albo po prostu poprawia komuś dzień. Wierzę, że dobre projekty nie tylko dobrze wyglądają, ale też budzą pozytywne emocje i zostają z odbiorcą na dłużej.
Jak reagujesz na ciszę – inspiruje Cię czy męczy?
Ciągle jestem w pędzie, więc cisza to dla mnie dość rzadki stan i kiedy już się pojawia, pierwsze kilka dni to powolne przyzwyczajanie się do niej. Niemniej bardzo ją doceniam. Cisza jest ważnym elementem w pracy kreatywnej. Pozwala złapać dystans do projektów, przemyśleć rzeczy, które chodzą po głowie, spojrzeć na wszystko z innej perspektywy, co w efekcie przekłada się potem na lepszą pracę.
Czy masz rytuał na „gorszy dzień w pracowni"?
Mój ratunek na gorszy dzień zaczyna się już rano – poranny rytuał to podstawa. Dobra kawa, chwila z książką, ciekawy podcast w tle... Spokojne wejście w dzień, zanim jeszcze dotknie się czegokolwiek związanego z pracą. Tak zwane powolne nakręcanie głowy do działania, aby potem łatwiej było usiąść do pracy z nową energią. A jeśli mimo wszystko wena nie przychodzi, nie zmuszam się do działania. Wymuszona kreatywność i tak nie daje dobrych efektów – lepiej odpuścić ten dzień i wrócić następnego z głową gotową do działania.